Katarzyna Urbanowicz – „Plama na wodzie” (Studencka oficyna wydawnicza ZSP Alma-Press, Warszawa 1986)

Maj 5, 2007 at 9:06 am (Recenzje)

 

Przed nami opowiadanie z gatunku „hard science-fiction”, pochodzące ze zbiorku „Plama na wodzie”. Zbiorek wyjątkowy – bo wydany przy współpracy Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki (przy Związku Studentów Polskich). A to już nie byle co.

Opowiadanie roztacza przed nami szary, smutny, ale przecież jakże znajomy i swojski obraz. Zatłoczone autobusy (z pewnością niezawodnej, węgierskiej marki Ikarus), Transportowe „Nyski” przemierzające zatłoczone (i na pewno dziurawe) ulice wielkiego miasta, szare bloki, przed którymi w środku nocy sąsiedzi czyszczą swoje małe fiaciki, w górze zaś policyjne helikoptery z uspokajającym warkotem przelatujące nad miastem, upewniając śpiących w swoich łóżkach ludzi, że ktoś czuwa nad ich bezpieczeństwem… Brzmi znajomo? Tak, autorka umiejscowiła swoją opowieść w minionych i przez wielu opłakiwanych czasach PRL-u.

Ale od początku. Bohaterka „Plamy”, Anna, jest młodą osobą, nieznanej profesji, raczej pesymistycznie patrzącą na świat – nie wiemy czemu, ale czy każdy czasami nie czuje głębokiej odrazy do otaczającej nas rzeczywistości? Poznajemy ją pewnego ponurego poranka, gdy wychodzi cało z groźnego wypadku, któremu uległ autobus. Sympatyczny lekarz z Pogotowia Ratunkowego nakazuje jej natychmiast wrócić do domu. Anna, jako człowiek odpowiedzialny, postanawia uprzednio wyjaśnić sprawę swoim przełożonym. Szef bohaterki, początkowo niedowierzając w wyjaśnienia kobiety, pozwala jej iść do domu, nalegając jednak, by pojechała z kierowcą służbowym samochodem. Podczas podróży, przewożony przez kierowcę w tylnej części pojazdu silnik wypada na ulicę, demolując auto i, niestety, stopę nieszczęsnej Anny. Na tym jednak nie koniec wypadków. Gdy nasza bohaterka wraca do domu, przez przypadek przypala sobie włosy nad gazem. Nieszczęsną Annę odwiedza wspomniany lekarz – niejaki Krystyn. Przejawia on wielką troskę o jej zdrowie, od progu chcąc dowiedzieć się o niej wszystkiego (szkoła, przyjaciele, praca). Ona, zapewne zmęczona ciężkim dniem, w zasadzie od razu zdradza mu wszystkie swoje życiowe przypadłości. Krystyn sugeruje, że za przytrafiającymi się jej wypadkami, kryje się „pewna celowość”. Zabrania jej (bardzo stanowczo) wychodzić z domu, obawiając się o jej zdrowie. Wizyty lekarza są bardzo częste, przychodzi do Anny („Aniczki”, jak ją nazywa) kilka razy dziennie. Podczas jednej z wizyt przynosi dziwnie wyglądająca roślinę – „niepoprawną krzyżówkę kaktusa z pnączem” o „liściach koloru raczej niebieskiego niż zielonego” i spływających spomiędzy liści pękami „niby-włosów, od spodu prostych, na wierzchu kędzierzawych”, w kolorach „od brudno-siwego do słomiano-żółtego”. To kuriozum zostawia „Aniczce” bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, stanowczo nakazując zadzwonić do niego, gdyby roślinne włosy zrobiły się pomarańczowe…

Ich znajomość rozwija się tak przez kilka dni – on przychodzi, pyta o zdrowie, zadaje pytania o życie, wychodzi – kategorycznie zabraniając Annie jakichkolwiek wypraw poza dom. Ona zaczyna się czuć więziona, sama nie wie, czemu akceptuje wścibskość Krystyna, jego dziwne prezenty (ów kwiat), ale boi się mu cokolwiek powiedzieć – przecież to niegrzecznie, a jeszcze się biedak obrazi. Przełom następuję, gdy Anna w końcu wychodzi po zakupy, bez wiedzy swojego samozwańczego opiekuna. Gdy Krystyn się o tym dowiaduje, okrutnie strofuje „Aniczkę”, jak później tłumaczy, z obawy o jej życie. Nieszczęsna, nie wytrzymuje napięcia i w desperackim akcie rozpaczy, zadaje mu pytanie, które musiało w końcu paść: „Po kiego diabła przyłazisz?”.

Krystyn po „krótkim milczeniu” postanawia wszystko Annie wytłumaczyć. Autorka sprytnie w tym miejscu zmienia ton narracji, cofając się o kilka lat wstecz, starając się nadać naukowemu fragmentowi, który teraz ma nastąpić lżejsze rysy, z pewnością w obawie przed kondycją czytelnika młodszego, który mógłby źle znieść wymogi skomplikowanego gatunku jakim jest, bez wątpienia, „hard s-f”…

Okazuje się, że Krystyn jest nie tylko czułym i opiekuńczym lekarzem, ale również naukowcem, rodem z Renesansu. Obserwując zachowanie psów, które miały zostać poddane eksperymentom stwierdził, że wiedzą one, co się z nimi stanie w przyszłości. Uznał, że i człowiek może mieć taką zdolność, tylko że zablokowaną przez „wychowanie”. Nic straconego, bo jak mówi Krystyn: „Człowiek może być nieświadomym nadawcą sygnałów odebranych z mikro lub makrokosmosu”, a odbiorcą – zwierzę lub, jeszcze lepiej, roślina, która przecież nigdy nie była poddawana zgubnemu „wychowaniu”. Krystyn nie wierzył do końca w swoje „przeczucie”, choć „gromadził różne fakty na jego poparcie”. Ostatecznie przekonały go zgniłe jabłka rzucone przez „wyrostków” na szybę jego samochodu (w kształtach plam była zauważalna regularność) oraz doświadczenie, jakie przeprowadził na patykach i strumieniu. Owo doświadczenie polegało na umieszczeniu patyka w strumieniu i wlewaniu do niego „różnych kolorowych płynów”. Dzięki temu Krystyn mógł zaobserwować, jak zachowują się plamy (owego płynu, oczywiście) „w ruchu” – „wlany do wody płyn najbardziej skoncentrowany jest w środku plamy, ku brzegom miesza się z wodą i rozrzedza”. Gdy założymy, że strumień to czas, palik to człowiek, a „kolorowy płyn” to nadciągające nieszczęście, wnioski możemy wyciągnąć już tylko jednoznaczne – nieszczęścia mają charakter zagęszczającego się roju, a zadaniem mikro- i makrokosmosowych odbiorników jest wykryć ich regularność. Co więcej, gdy założymy, że możemy przewidzieć nadchodzące zdarzenia, będziemy mogli wykazać istnienie „czasu nadrzędnego” (czyli punktu, z którego możliwe jest obserwowanie nadpływających „kolorowych plam na wodzie”), dzięki czemu będziemy mogli „osiągnąć prędkość większą do prędkości światła”, tak więc „odległości międzygalaktyczne nie będą stanowiły dla nas żadnej przeszkody”… Jednakże dla dowiedzenia, że jego prawo serii faktycznie funkcjonuje, Krystyn musi wykazać jego działanie na Annie – czyli przewidzieć nadchodzące nieszczęście. Pomóc ma mu w tym tajemnicza roślina, owoc wieloletnich poszukiwań, która pomarańczowym kolorem „włosów” reaguje na zagęszczanie się roju nieszczęśliwych zdarzeń. Straszliwy zbieg okoliczność (czy też, jak już wiemy – zagęszczający się rój) spowodował, że gdy Krystyn zakończył swoją opowieść, na roślinie pojawił się złowrogi pomarańcz…

Krystyn ogarnięty manią dowiedzenia słuszności swojej teorii jest coraz ostrzejszy dla „Aniczki”, chcąc jej przecież uratować życie. Skołowana Anna sama już nie wie, co myśleć o Krystynie. W zasadzie nie do końca mu wierzy, z drugiej strony irytują ją jego zachowania (Krystyn praktycznie zabrania się dziewczynie ruszać z miejsca, obsesyjnie pilnując jej bezpieczeństwa). Autorka bardzo sprawnie przedstawiła relację interpersonalne dwójki bohaterów, ośmielę się wręcz powiedzieć, że mamy to do czynienia z polskim przykładem znanych z amerykańskich powieści psychologicznych „love-hate relationship”.

Nie chcę zdradzać zakończenia wiernym czytelnikom „Rezonatora”, powiem tylko, że jest mrożącym krew w żyłach zaskoczeniem, a istotną rolę odegra w nim helikopter i zasady, jakimi kierują się budowniczy bloków z wielkiej płyty…

Opowiadanie, mimo że w zasadzie debiut pisarki, jest prawdziwym literackim majstersztykiem. Niejednego zaskoczy rozwiązanie fabuły, a to przecież nie jedyny plus tej prozy. Mamy tu soczyście zarysowanych bohaterów z krwi i kości, trochę nauki (z naprawdę wysokiej półki) i przede wszystkim ten klimat – niezapomniany smak oranżady w proszku, charakterystyczny zapach wnętrz w „Ikarusach” i przyjazną służbę zdrowia.

Na koniec niespodzianka, szczególnie, dla malkontentów i niedowiarków, którzy nie ufają trafnemu osądowi „Rezonatora” i przekonani, że powyższa recenzja tyczy się dzieła całkowicie niszowego, słabego i zapomnianego, którego autorka jego dawno nie piszę, a o swojej przygodzie z pisarstwem wspomina dzieciom z rumieńcem zażenowania na licu. Otóż nie! Pani Urbanowicz, jest autorką jednego z opowiadań zamieszczonych w drugim tomie zbiorku „Niech Żyje Polska. Hurra!” (Fabryka Słów, styczeń 2007). Periodyki poświęcone fantastyce właśnie opowiadanie tej autorki uznały za jedno z najlepszych. Gratulujemy!

 

Fidel

Reklamy

8 Komentarzy

  1. wera said,

    Pogubiłam się mniej więcej przy trzecim akapicie ;-)
    Fidelowi gratuluję udanego i obszernego debiutu

  2. Hard SF Fan said,

    „Plama na wodzie” to nie zabawa dla dziewczynek. Dla nich jest „Ania z Zielonego Wzgórza” albo „Muminki”. Buahahaha!!!!

  3. K.R.Tyk said,

    Gratuluję autorom Rezonatora odwagi recenzowania tekstów trudnych.
    P.S. Może przydałaby się jakaś animacja wyjaśniająca przebieg eksperymentu z patykiem…

  4. Administracja said,

    Stan współczesnej sztuki animacji nie pozwala na przekonujące odwzorowanie problematyki poruszonej w „Plamie na wodzie”. Zastanawiamy się za to poważnie nad publikacją zdjęcia psa widzącego przyszłość. Obecnie czekamy na wywołanie filmu. Dziękujemy za uwagę.

  5. sto powodow said,

    Na poczatku troche sie przestraszylem, kiedy byla mowa o ikarusach i maluszkach, bylem pelen obaw, ze Alternatywy 4 to tez hard-sf. Jesli zas chodzi o samo hard-sf, to ja zawsze kojarzylem z tym statki kosmiczne i wojny gwiezdne, nie przypuszczalem ze w tej stylistyce moze pojawic sie cos tak swojskiego i ‚widowiskowego’ (owa widowiskowosc polega na tym ze czesto sie go widuje) jak ‚Maluch’.
    Sama ideologia ‚plamy nieszczesc’ wydaje mi sie raczej slabo obmyslana…

  6. wera said,

    Z taką pewną nieśmiałością pozwolę sobie zamieścić tutaj link do aukcji, która bardzo mile mnie zaskoczyła, sądzę, że wielu czytelników Rezonatora także.

    http://allegro.pl/item191650283_wendeta_steve_shagan.html#photo

  7. Hubert said,

    Na „Wendete” przyjdzie jeszcze czas…

  8. n.a.t said,

    A cóż to za zastój?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: